|
Autor: Bruce Holland Rogers Tłumaczenie: Magdalena Stanek SPADAJĄC Jonas stał obok Lexusa obserwując jak Sara szła w stronę krawędzi Wielkiego Kanionu i zastanawiał się do czego to wszystko prowadzi, ich coraz częstsze kłótnie, które zawsze musiały kończyć się jakąś ekstrawagancką grą. Co tym razem się stanie, by osłodzić gorycz pomiędzy nimi? Sara usiadła wśród krzaków bylicy. Widział jedynie tył jej głowy. Tył jej głowy wyglądał na rozzłoszczony. Podczas jednotygodniowej kłótni każdy z nich wypowiedział zimne i złośliwe słowa, trwało to do momentu, gdy Sara zakupiła bilety lotnicze. "Właśnie rzuciłam pracę. Rzuć swoją", powiedziała. "Jedziemy do Hiszpanii". "Jak możesz być taka nieodpowiedzialna?" "Jak możesz być taka nieznośna?" "Czy ty naprawdę tego chcesz? Mam zrezygnować ze swojej kariery?" "Ja jadę. Nie musisz jechać ze mną". Ale pojechał. Ich rozmowy nie były przyjaźniejsze podczas kilku pierwszych dni w Granadzie. Ona narzekała na obsługę hotelu. A on dopowiadał swoje. Potem kłótnia jakoś została zapomniana i znów byli całkiem szczęśliwi. Wrócili do domu i znaleźli nowe prace. Przez rok wszystko było w porządku. Podczas kolejnej kłótni, powiedział rzeczy, których żałował już w momencie ich wypowiadania. Ona zrobiła to samo. Potem on zafarbował włosy na kolor fuksji. Podał jej butelkę. "No spróbuj", powiedział. "To jest głupota". Ale zrobiła to. Kolejnego dnia dalej mówili rzeczy, których nie powinni. On jej powiedział, że wygląda okropnie, jak chora papuga. Ona powiedziała, że on wygląda jak zdechła papuga. W końcu ich kłótnia, gdzieś się rozpłynęła tak jak ostatnim razem. Po tym kłócili się coraz częściej, każda z kłótni kończyła się jakimś obustronnym wyczynem. Jedna z kłótni skończyła się, kiedy kupił jej samochód Lexus, na który nie było ich stać i wyzwał ją do kupienia takiego samego samochodu dla niego. A ona go kupiła. Obydwoje znaleźli w nim rzeczy, które im się nie podobały jak kierownica, kolor lakieru, sposób, w jaki obsługiwało się odtwarzacz CD. Kończyły im się strategie i zaczynali się powtarzać. Ostatnia kłótnia przywiodła ich tutaj, do Wielkiego Kanionu. Odbywali kolejną wycieczkę po rzuceniu swoich prac. Tym razem pakt nie zdążył zadziałać swym magicznym urokiem, gdyż zaczęli się kłócić o coś nowego. On zaczął się zastanawiać, czy pozostało wystarczająco dużo pomysłów, czy warto w ogóle próbować. Nie chciał jej zostawić. Nie chciał zostać porzuconym. Ale cóż. Sara wstała i przywołała go skinięciem ręki na krawędź kanionu. "Rozmyślałam", powiedziała, kiedy do niej podszedł. "Ja też". "Rozmyślałam i może po prostu powinnam skoczyć". Poszedł za jej spojrzeniem ponad kanionem i w dół. W dół, dół, dół. "Właściwie", powiedziała. "Podjęłam decyzję. Skoczę". Odwróciła się do niego i wyciągnęła ręce. "Idziesz?" Zaschło mu w ustach. "To jest szaleństwo". "Ja idę", powiedziała. "Z tobą czy bez ciebie". "To nie jak wyjazd do Hiszpanii", powiedział. "W porządku. Ja zawsze odpowiadałam na twoje wyzwania, sukinsynie". "Nie mówisz poważnie". "Zaraz się przekonasz, jak bardzo poważnie mówię". "W porządku". Wziął ją za rękę, spojrzał na krawędź i na pustkę przed nim. "Zatem zróbmy to". Nachyliła się nad pustką, ścisnęła mocniej jego rękę. Nachylił się razem z nią. Nie miał czasu żeby pomyśleć. Czy tego chcę? A potem już spadali. "To jest idiotyzm!", krzyknął w przelatujące powietrze. "Wyrzucamy nasze życia!" "Tak!", zgodziła się z nim. "Głupota! Idiotyzm! Strata! Założę się, że nawet nie będzie mi się podobało bycie martwą!" "Śmierć, do diabła z tym!", krzyknął. "Nienawidzę tego spadania!" Podłoże Kanionu podnosiło się na ich spotkanie, ale spadanie z tak wysoka zabiera sporo czasu. Zauważył jak jej włosy wirują z tyłu jej głowy. Wyglądała pięknie, jak kometa. "Nie mogę uwierzyć, że na prawdę chciałaś to zrobić!", krzyknął, ale tak naprawdę był szczęśliwy, że jest z nią. "To powinno było się już skończyć", powiedziała. Z półuśmiechem na ustach dodała. "Mogliśmy wybrać się z karawaną mułów, pewnie dotarlibyśmy szybciej do dna". Jonas odpowiedział uśmiechem. "Osiołek", krzyknął. "Nie muły. Oni używają osiołków". Jej uśmiech zniknął. "Zawsze musisz mnie poprawiać sukinsynie!" "A ty jesteś tak cholernie krytyczna!", krzyknął w odpowiedzi. "I to w takim momencie!" "Nie dziwię się, że musimy zginąć", odkrzyknęła. Znowu się kłócili. Cykl stał się tak krótki. "Cholera Sara!". To wszystko. Był zbyt wściekły, by powiedzieć cokolwiek innego. Jonas wściekle podniósł i opuścił ręce. "Co robisz?" Krzyknęła Sara. "Głupio wyglądasz". "Zamierzam latać. Chcesz też?" "Jak możesz być taki naiwny?" "Jak możesz być taki konwencjonalny?" "Czy to jest właśnie to, czego chcesz? Żebym trzepała rękami jak ptak?" "Latam", krzyknął. "Nie musisz do mnie dołączać". Ale machała rękami ze złością, za każdym razem, gdy on machał swoimi. I polecieli. |
||